Miesięczne archiwum: Listopad 2017

lasagne02_sm

Lasagne prawdziwego zwycięzcy

Drepcząc dziś do pracy z tramwaju na mordorze, zauważyłem lekko pękatego brodacza (czyt. hipster) niosącego w jednej ręce prawdopodobnie MacBooka (bo hipsterzy nie uznają prawdziwych komputerów, ani indywidualności) a w drugiej jakieś małe zielono białe opakowanie z napisem Victory meal czy jakoś tam. Od razu żal mi się człowieka zrobiło. Nie dość że prawdopodobnie grubo przepłacił za to pudełeczko to jeszcze się nie naje, ale właściciele produktów z logo nadgryzionego jabłuszka są przyzwyczajeni do rozczarowań więc pewnie i to jakoś przełknie. Poprawiłem torbę z rzeczami na siłownię na ramieniu by zbyt się nie ruszała ponieważ pomiędzy koszulką i spodenkami był pojemniczek z 700g lasagne którą wczoraj zrobiłem. „No, to się nazywa victory meal” sobie pomyślałem, jest białko, węglowodany, trochę tłuszczu a głównie dużo smaku, i nie zaśmiecam ziemi tysiącem plastikowych pojemniczków ponieważ mam jeden wielokrotnego użytku #ekolasagne.

Lasagne 3 sery (i nietylko)

Sos mięsny ala bolonese jest łatwy w przygotowaniu. Na Praskim bazarku na Szembeka dorwałem piękny 1.5kg antrykot za 20zł/kg, niedoceniane mięso ten antrykot, nawet steaka można z niego wyciąć. Więc, pozbawiwszy się kości, wykroiłem ładny 350g steak a resztę przepuściłem przez maszynkę do mielenia mięsa wraz z sporej ilością cebulą. Mięso, około 700-800g usmażyłem wstępnie w rondelu na oleju rzepakowym a następnie zalałem go 500ml przecieru pomidorowego i 80g koncentratu. Przyprawione 4 ząbkami czosnku przeciśniętym przez praskę następnie suszoną bazylią i oregano. Nie zapomnijcie dać warzywko w płynie do smaku zamiast zwykłej soli, glutaminian sodu musi być. Nie daje śmietany czy innych podobnych, ten sos jest wyraźny w smaku i ma mniej kalorii. Taki sos można zrobić z wyprzedzeniem, i jak go zostanie można wykończyć z jakimś makaronem.

Makaron sam „kręcę” w maszynce do makaronu którą dostałem w spadku po babci. Znacznie ułatwia sprawę i nie trzeba walczyć wałkiem na stolnicy. Samo ciasto to metoda prób i błędów, biorę szklankę wody w której rozpuszczam pół łyżeczki soli, a potem w misce dodaje tyle mąki ile trzeba by otrzymać sprężystą nie lepiącą się kulkę. Jak zwykle by nie szprycować się samą białą mąką, dorzuciłem 2 garści razowej pełno ziarnistej, trochę błonnika nie zaszkodzi a wręcz pomoże. Takie ciasto przepuszczam przez maszynkę do grubości 4, tnę na odpowiedniej wielkości kawałki i indywidualnie gotuję przez położeniem kolejnej warstwy w blaszce do ciasta wyłożonej folią aluminiową (folia pomaga w czyszczeniu).

Do tego jeszcze jest jedna czerwona papryka drobno posiekana i pół pęczka bazylii również z bazarku na Szembeka, jak by to Jamie Oliver powiedział „jest obłędnie aromatyczna”.

Warstwy układamy równomiernie, na dole mniej farszu więcej ciasta, im wyżej więcej farszu i dodatków. Każda warstwa to sos, papryka, bazylia, trochę tartej mozzarelli i dobry Francuzki pleśniowy ser którego nazwy nie pamiętam, bardzo kremowy i dobrze poprzerastany niebieską pleśnią. Razem mamy 6 warstw ciasta. Na górę zamiast tradycyjnego beszamelowego sosu który jest niczym innym jak mąką i masłem, dałem mozzarellę i parmezan. Ogólnie z całą tą 2.7kg lasagne zużyłem 450g sera, co wydaje się sporo ale to jest przynajmniej 5 – 7 porcji jedzenia.

Wszystko zapiekamy w piekarniku przez około 40min w temp 200C. Wszystko zależy od tego czy użyliśmy gorący sos czy ostudzony lub zimny, oraz czy rozgrzaliśmy piekarnik z wyprzedzeniem.

Upieczone 2.7kg lasagne

Nic tylko życzyć smacznego.